niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 18

Zagubienie, ogólna pustka, a w końcu głęboka rozpacz. To uczucia, które w tej chwili targały młodym piłkarzem. Wahał się jak dalej postąpić. Wiedział, że relacja którą budowali przez kilka miesięcy, właśnie została pogrzebana. Zranił ją jak jeszcze nikt inny. Zrozumiał, a właściwie wmówił sobie, że nic już nie da rady zrobić z ich miłością, że już jej nie zobaczy i że musi lada chwila wyjechać z Dortmundu. Telefon od lekarza z Moenchengladbach ułatwił mu podjęcie decyzji. Chciał jak najszybciej pogadać z Romanem, dlatego wysłał mu SMS-a z informacją, gdzie się znajduję oraz z prośbą, aby jak najprędzej do niego przyszedł. Wspomniał także, aby dotarł sam. Nie musiał długo czekać, bo przyjaciel zjawił się po pięciu minutach.
- Sorry, że tak długo, ale nie mogłem pozbyć się Oskara. Co za upierdliwy koleś. – rzekł zirytowany. Coś się stało? – zapytał już poważniej.
- Mam nadzieję, że nie szedł za tobą? – zaczął oglądać się za
siebie.
- Spokojnie. Skutecznie go spławiłem. A więc o co chodzi?
- Rozstałem się z Sylwią. – z wielką trudnością przeszło mu to zdanie przez gardło. - Dzwonił doktor Muller z wiadomością, że w Stanach chcą się podjąć mojego leczenia. Już jutro muszę tam być. – Roman stał najwyraźniej zaskoczony takim obrotem akcji, że nie odzywał się przez dłuższą chwilę.
- To chyba dobre wieści. Mówię oczywiście o twoim leczeniu. Nie powiedziałeś jej prawdy? – zapytał, lecz domyślał się odpowiedzi, w końcu gdyby Sylwia dowiedziała się jak jest naprawdę, to z całą pewnością byłaby teraz przy nim.
- Nie mogłem… Musimy jak najszybciej się stąd wynosić. Im szybciej tym lepiej.
- Ale, że teraz? W środku nocy?
- Roman, nie rozumiesz, że jutro rano wylatuję! Mam samolot o jedenastej! – zaczął wydzierać się na przyjaciela, emocje buzowały w nim nieustannie.
- Dobra, zrozumiałem. Większość towarzystwa się pochlała, więc nie zwrócą na nas uwagi.
- No i dobrze. To będzie szybka akcja. Wsiadamy do samochodu i odjeżdżamy.
Tak jak przypuszczał Roman nikt z gości ich nie spostrzegł.
- Daj kluczyki. Za dużo wypiłeś, żeby prowadzić. – odezwał się Marco, a brunet bez wahania podał mu to co chciał.
Kiedy wsiedli do auta, Marco zaczął tępo wpatrywać się w szybę samochodu.
- Jesteś pewny swojej decyzji? Jeszcze wszystko możesz naprawić, wcale nie jest za późno… - wypowiedź przerwał mu blondyn.
- Roman, proszę cię przestań! – wydarł się.
Przez sekundę ujrzał w myślach obraz, kiedy znowu całuję dziewczynę, wyznaję jej prawdę i przeprasza. Serce podpowiadało mu, aby rzucić wszystko i biec co tchu do pokoju, gdzie aktualnie przebywa dziewczyna, niestety rozum zmusił go do przekręcenia klucza w stacyjce i ruszenia w drogę powrotną. Robił to wbrew swojej woli, wbrew ich miłości. Została mu jedynie gorycz, której za nic w życiu nie mógł przetrawić.

***

(Wiedziała, że ich miłość nie może tak po prostu się skończyć. Dlatego, kiedy ujrzała go stojącego w drzwiach, ze łzami w oczach rzuciła mu się w ramiona. Po chwili już nie płakała, była szczęśliwa, że chłopak do niej wrócił, że jej nie zostawił. Teraz pojęła, że ich miłości nie da się ot tak zniszczyć. Jest zbyt silna, zbyt ważna, a wręcz nierozerwalna. Jedyne słowo, na które stać było chłopaka, to krótkie „przepraszam”. Odpowiedzią dziewczyny na przeprosiny blondyna był delikatny i subtelny pocałunek. Z każdym muśnięciem warg atmosfera się podgrzewała. W powietrzu unosiła się nutka pożądania. Oboje nią kipieli. Dziewczyna wyczuwała męski i bardzo dobrze jej znany zapach perfum piłkarza, który zawsze
działał na jej zmysły. Wziął ją na ręce i powędrował prosto do sypialni, gdzie stało spore czerwone łóżko z baldachimem u góry w nowoczesnym stylu. Odgarnął z niego wszystkie zapłakane chusteczki i delikatnie położył ją na czystej białej pościeli. Dołączył do brunetki, a chwilę potem zwróceni ku sobie klęczeli na środku łoża, nie przestając się całować. Rękoma wędrował pod jej bluzką, obróciła się do niego tyłem i zaczął gładzić jej piersi. Dziewczyna zamykając oczy, nie mogła powstrzymać namiętności, która ją ogarnęła, pierwszy raz pozwoliła chłopakowi na dotykanie jej krągłości. Marco powolnym ruchem zdjął z dziewczyny niebieską bluzeczkę, zostawiając ją w samym koronkowym staniku i krótkich spodenkach. Z tym ostatnim poradziła sobie sama i w ten sposób została w samej bieliźnie. Potem pomogła blondynowi. Rozpięła jego białą koszulę, aż zadrżała dotykając jego pięknie wyrzeźbionego ciała. Chłopak tylko się uśmiechnął. Ułożył brunetkę na niewysokiej poduszce, a sam nachylając się nad nią, wpijał się w jej szyję. Całował każdy centymetr jej ciała, z czułością i z wielkim uczuciem gładził je. Czuła się jak w bajce, jak księżniczka, wreszcie doceniona. Jakby nic inne nie miało znaczenia)

***

Cały czar prysł, kiedy usłyszała głośne pukanie do drzwi. Otworzyła oczy i doznała wielkiego rozczarowania, ogromnego zawodu. Na tyle wstrząsającego, że po jej twarzy znowu zaczęły spływać ciężkie łzy. Sytuacja, w której brała udział jeszcze przed sekundą była jedynie snem. Snem na tyle realistycznym, że wydawał jej się rzeczywistością.
Marco wcale nie wrócił do mnie, wcale go tu nie było! – zaczęła krzyczeć i rzucać poduszkami na wszystkie strony.
Pukanie nie ustępowało, więc rozżalona podbiegła do drzwi i wpuściła nieproszonych gości. Do ostatniej sekundy, miała nadzieję, że to Marco. W wejściu ukazali się jednak Thomas i Oskar.
- Sylwia, w końcu! Już miałem wzywać policję! – odezwał się Oskar.
- Kochanie co ci jest? Czemu płaczesz? Tak się o ciebie martwiłem. – podszedł do nastolatki Thomas, ona bez wahania wpadła w jego objęcia.
- Gdziiee jeest Maarcoo? – zanosiła się płaczem.
- Nie wiem skarbie. Po aucie Romana nie ma ani śladu.
- Nieee!!! On nie mógł mi tego zrobić! Nie on! – wrzeszczała wniebogłosy.
- Sylwuś, możesz mi powiedzieć o co chodzi? Proszę cię.
Najpierw nie chciała z nim rozmawiać, ale po krótkich namowach przyjaciela postanowiła opowiedzieć mu o wczorajszym zdarzeniu. Z ogromnym wysiłkiem zdała przyjacielowi całą relację. Bez przerwy szlochała, głos jej się załamywał, wszystko to było dla niej jedną wielką udręką.
- Zabije gnoja! Powyrywam mu nogi z dupy! – darł się Kranz.
Całej sytuacji przyglądał się Oskar. Wysłuchiwał niezdarnych zdań wypowiadanych przez nastolatkę. Coś mu świtało, czuł jakby miał deja vu. Jakby coś już wiedział na ten temat. Wszystko przyćmiewał okropny kac, który dawał o sobie znać jak tylko się obudził. Próbował się skoncentrować i wytężyć mózg, aby jego pamięć z wczorajszego dnia wróciła.
- Zaraz! Mam! Wiedziałem, że gdzieś już to słyszałem! – zaczął wyć Oskar, pozostała dwójka patrzyła na niego jak na opętanego.
- Sorry Osk, ale nie czas na twoje bezsensowne historie. Mógłbyś zamknąć drzwi i najlepiej udać się jak najdalej stąd. To nie twoja sprawa.
- Jak chcesz, ale myślę, że mam informację, która może być istotna. Tu chodzi o Marco.
- Już ci coś powiedziałem. Wyjazd stąd!
- Uspokój się! Oskar, zaczekaj. Co chcesz mi powiedzieć? - patrzyła mu prosto w ocz
- No więc, wczoraj piłem sobie z Romkiem i w jakimś momencie dostał wiadomość. Mówił, że musi na chwileczkę iść i że zaraz wróci. No, a że mi zachciało się lać, to poszedłem za nim. Zatrzymywał mnie, ale i tak postawiłem na swoim. Było tak ciemno, że idąc wpadłem do jakiejś dziury w krzaki. Kiedy z nich wyszedłem, znalazłem się blisko brzegu. Oparłem się o drzewo i kilka metrów dalej zobaczyłem, stojących Marco i Romana. Obaj byli zdenerwowani, nie słyszałem co mówią. Jedyne co doszło do moich uszu to słowa Marco, że jutro gdzieś wylatuje i chyba o jedenastej, ale mogę się mylić. Po tym zajściu film mi się urwał, nic nie pamiętam. Uznałem, że powinnaś o tym wiedzieć. – zakończył swoją opowieść Oskar.
- To dla mnie bardzo ważne. Wielkie dzięki! Która godzina? – zaczęła nerwowo rozglądać się za zegarkiem.
- Już dziewiąta.
- O kurwa! Muszę się tam dostać. Mając taką wiedzę, nie mogę tak łatwo zrezygnować. – mówiła z determinacją.
- Zgłupiałaś? Po tym wszystkim co ci ten gnój zrobił? – dziwił się Thomas.
- Jak go kocham, nie rozumiesz. Jeżeli naprawdę się kogoś kocha, to trzeba o niego walczyć.  Nie chcę potem żałować, że tego nie zrobiłam.
- Tylko jest problem. Jak ty tam dojedziesz? My z rana chlapnęliśmy sobie lampkę malibu. - wspomniał speszony Oskar
-  Muszę tam jechać. Zrobię wszystko co w mojej mocy! – zgarnęła torebkę i wybiegła z pokoju.
Na szczęście okazało się, że do miasta wraca Laura i że może ją podwieźć. Będąc już w Dortmundzie dziewczyna Thomasa, zawiozła nastolatkę na stację kolejową. Pożegnały się, po czym Sylwia udała się do kasy po bilet na autobus. Tam też nie musiała długo czekać, bo za kwadrans nadjechał wyczekiwany autokar. Jak na razie wszystko szło po jej myśli. Na miejsce miała dojechać za godzinę. Nie zostało jej za wiele czasu. Bała się, że nie znając miasta, może nie trafić na tamtejsze lotnisko. Wyglądała okropnie. Oczy nadal podpuchnięte, załzawione i na dodatek przekrwione. Na ubranie także nie zwróciła wcześniej uwagi, siedziała w pomiętolonej koszulce i w krótkich jeansowych spodenkach z wczorajszego dnia. Nic nie jadła, nic nie piła, nawet przez chwilę, nie pomyślała o jedzeniu. W tej sytuacji każda minuta była dla niej na wagę złota. Zależało jej jedynie na tym, aby zatrzymać Marco przed czasem...




Dałam ciała na całej linii, zdaję sobie z tego sprawę. Po raz kolejny muszę Was przepraszać. Zaniedbałam swojego bloga jak i Wasze po całości. Mówiąc szczerze to w ostatnim czasie nie miałam nawet siły pisać ani czytać. Wszystko ze względu na moją chorą ambicję, za dużo wzięłam na siebie obowiązków w szkole i teraz to wszystko mi się odbija. Rozdział pojawił się tylko, dlatego, że usiadłam przy komputerze wczoraj i o dziwo coś napisałam. Szczerze zatęskniłam za pisaniem, to naprawdę sprawia mi przyjemność. Jestem ciekawa czy w ogóle znajdzie się jeszcze jakaś osoba, która to przeczyta. Głupio się czuję z tym czuję, bo wiem że obiecałam nadrobić rozdziały u Was. Nie wiem czy zdołam to naprawić, ale małymi kroczkami może coś zdziałam. Wiem, że chcę pisać dalej i mam nadzieję, że czas mi na to pozwoli. Jeśli ktoś chce, abym kontynuowała, chociaż wcale na to nie liczę niech zostawi po sobie jakiś ślad. Pozdrawiam, Sylwia :*

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział 17

Wziął dziewczynę za rękę i nic nie mówiąc poprowadził do środka łódki. Dziewczyna też specjalnie nie pytając, usiadła naprzeciwko blondyna.
- Chcesz mnie uprowadzić? – zapytała chichocząc pod nosem.
- Ależ ja cię wcale nie porywam, skądże. Przecież sama tutaj wsiadłaś. – wiosłował, oddalając się od brzegu. - Ja cię do niczego nie zmuszałem. - uśmiechnął się cwaniacko.
- To czemu mnie tu przyprowadziłeś i zachęciłeś, abym wsiadła?
- To jedyne co przychodziło mi do głowy. Zobaczyłem łódkę i dostałem olśnienia. Chciałem, abyśmy w końcu znaleźli się tylko we dwoje. Tylko ty i ja... - na chwilę odwróciła od chłopaka swój wzrok, spoglądając na horyzont.
- Czyli wszystko uknułeś. Coraz bardziej podobają mi się te twoje pomysły. - rzekła, mrużąc przy tym oczy.
- Już tam na lądzie wyobrażałem sobie, co będziemy tutaj robić. – dopłynął na środek jeziora i przestał wiosłować.
- Co ty kombinujesz? - czuła jakiś podstęp ze strony piłkarza.
Zbliżył się do dziewczyny i znajdując się kilka centymetrów od niej, zakołysał łódką, po czym celowo ją przechylił. Przewróciła się do góry nogami, a oni wylądowali w wodzie.
- Marco, głupku! Co ty wyprawiasz? Jestem cała mokra i cholernie mi zimno. – krzyczała dziewczyna, ale nie była zła na piłkarza, wręcz przeciwnie nie przestawała się rumienić.
Z głupim uśmieszkiem podpłynął do dziewczyny. Przytulił ją, więc szybko zrobiło jej się cieplej. Swoim rozpalonym ciałem ogrzał ją do czerwoności. Obrócił łódkę do prawidłowej pozycji i znowu znaleźli się w jej wnętrzu. Żadne z nich nie usiadło, stali uśmiechając się do siebie. Marco zrobił krok do przodu, starając się nie stracić równowagi. Złapał dziewczynę za dłoń, następnie prawą ręką objął jej twarz. Doszło do bardzo namiętnego pocałunku. Piłkarz
zachłannie całował jej usta, czym doprowadzał nastolatkę do wielkiej rozkoszy. Oboje mieli to samo uczucie, uczucie jakby ich pocałunek trwał wiecznie. Zatracili się w nim bez końca, żadne z nich nie chciało go przerywać. Kiedy odkleili się od siebie, chłopak wziął ją w swoje rozgrzane od słońca ramiona. Dziewczynie jeszcze nigdy, nie było aż tak dobrze.
- Jestem z tobą tak cholernie szczęśliwa. Obiecaj, że zawsze będziesz raczył mnie takimi pocałunkami.
- Kocham cię nad życie. – wyznał, chcąc uniknąć jakiejkolwiek obietnicy, która znowu przypomniała mu o chorobie.
- Ja ciebie też kocham, z całego serducha. – patrzyła mu prosto w oczy, po czym złożyła pocałunek, na jego czole. – Marco, ty masz gorączkę? – zaniepokoiła się.
- Kochanie, zdaje ci się. Nic mi nie jest, czuję się świetnie. – skłamał.
- Nic ci nie jest? Przecież masz rozpalone całe czoło. – nie dała się zbyć, kłamstwom chłopaka.
- To słońce tak grzeję, a w szczególności twoje towarzystwo mnie tak rozpala. – dalej próbował uniknąć prawdy.
- Tak, ale bez przesady. Proszę nie bądź taki uparty…
I wtedy coś w nim pękło. W głowie miał wielki mętlik, musiał dokonać ciężkiego wyboru. Poczuł, że to moment na rozmowę, że musi postawić wszystko na jedną kartę. Poważnie zastanawiał się nad powiedzeniem Sylwii całej prawdy. 
- Dobra mam już tego dosyć. Musimy poważnie porozmawiać, dłużej już tak nie potrafię. – wybuchł jak wulkan, wiedział jeżeli teraz tego nie zrobi, to nie zrobi tego nigdy. 
- Mam się bać? Co się stało? – odparła bardzo zmartwionym głosem, zdziwiło ją zachowanie chłopaka, a zwłaszcza ton w jakim do niej mówił.
- Nie wiem, jak mam ci to powiedzieć. – spuścił wzrok, nie mógł powiedzieć jej tego prosto w oczy.
- Najlepiej prosto z mostu. A więc o co chodzi, powiedz mi. – brunetka zaczęła się denerwować.
- Jestem bardzo... - nie, nie mógł tego zrobić, nie potrafił wyznać prawdy, bał się konsekwencji, tego co mogłoby się stać, gdyby umarł. - ... bardzo rozdarty... Wyjeżdżam do Stanów. - wydusił z siebie słowa, które tak niechętnie chciał przekazać dziewczynie.
- Ale jak to wyjeżdżasz? Sam? Dlaczego? – zasypywała chłopaka pytaniami, kompletnie nic z tego nie rozumiała.
- Choć bym chciał nie mogę zabrać cię ze sobą. Klub dostał ze Stanów propozycję nie do odrzucenia dla jednego z piłkarzy. Trener wybrał akurat mnie, byłem ogromnie zaskoczony, że padło na mnie. To jest wielki prestiż, wielka szansa, po takim czymś moje umiejętności mogą wskoczyć na światowej klasy szczebel. Będę pracował z największymi gwiazdami europejskiego footballu. Od zawsze o tym marzyłem, w końcu mogę spełnić marzenia. – chłopak cały czas improwizował, chciał jedynie, aby jego choroba nie wyszła na jaw.
- Czyli już zdecydowałeś? To naprawdę wspaniała okazja, tylko szkoda, że kosztem naszej miłości. Ile to wszystko ma trwać? – mówiła ze łzami w oczach.
- Ponad pół roku. – odparł, serce mu się krajało na widok zapłakanej dziewczyny.
- Ponad pół roku? Myślisz, że tyle wytrzymamy? Sądzisz, że nasz związek to przetrwa? – nie chciała patrzeć na chłopaka, dlatego odwróciła się do niego bokiem, nie chciała już nawet go słuchać.
- Sylwia, kocham cię z całych swoich sił. Jesteś miłością mojego życia, jeszcze nigdy nikogo tak nie kochałem, ale przecież kilka miesięcy to nie jest tak strasznie długo, jesteśmy w stanie to wytrzymać. – próbował załagodzić sytuację.
- Łatwo ci powiedzieć! Najlepiej nic już nie mów. Wracajmy do brzegu, nie wytrzymam tu ani chwili dłużej! – chciała jak najszybciej znaleźć się w samotności.
Była już całkiem odwrócona od chłopaka, siedziała podkulona tyłem do niego. Cicho szlochała, ale tak żeby piłkarz jej nie usłyszał. Cały czas powstrzymywała łzy, miała ochotę wybuchnąć płaczem, lecz nie chciała okazywać swojej słabości. W jednej chwili poczuła się najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, niestety trwało to tylko moment. W sekundę straciła chęci do życia. Blondyn tak bardzo chciał ją przytulić, pocieszyć. Nie zrobił tego, wtedy mógłby zmięknąć i wyjawić jej całą tajemnicę. A nie chciał, żeby do tego doszło. Kiedy dopłynęli, Sylwia spojrzała chłopkowi głęboko w oczy.
- Czyli już ci na mnie nie zależy. Wszystko co mówiłeś było kłamstwem. - ogarnęła ją wielka gorycz, powoli jej serce rozpadało się na kawałki. - Czy słowo 'kocham cię' ma dla ciebie jakieś znaczenie?
- To nie tak... Ja sam nie wiem co robić...
- Odpowiedz mi na jedno pytanie i dam ci spokój. Czemu nie mogę z tobą jechać?
- Czy to takie trudne do zrozumienia… Nie wiem czy miałbym dla ciebie czas... Siedziałabyś samotnie każdego dnia, to nie ma sensu… Tu masz przyjaciół, ojca, szkołę… Zmarnowałabyś sobie życie! - jego ton głosu stawał się coraz badziej oschły.
- Może masz tam kogoś, tylko boisz się przyznać? A ja byłabym tylko przeszkodą? – zapytała całkiem poważnie.
- Zapewniam cię, że nie. – odpowiedział, choć niepewnie.
- A zresztą, już mnie to wcale nie obchodzi. Jedź sobie, gdzie chcesz i żyj z kim chcesz.
Spojrzał jeszcze raz w jej błyszczące, załzawione oczy i nie wytrzymał. Podbiegł do niej i przytulił z całej siły. Dziewczyna także tego pragnęła, dlatego wtuliła się w chłopaka, a łzy znowu dawały o sobie znać. Miała nadzieję, że blondyn zmieni zdanie, że nie zostawi jej tak po prostu samej. 
- Proszę nie odchodź. Nie zostawiaj mnie. Błagam. - szeptała dziewczyna.
Po raz ostatni złożył na jej ustach pocałunek, po czym stanowczo uwolnił się z objęć nastolatki, czego kompletnie się nie spodziewała. Zostawił ją stojącą, bez żadnego słowa, a sam poszedł w przeciwną stronę brzegu. Dziewczyna rozpłakała się na dobre. Upadła na piasek i klęcząc, ryczała jak nigdy wcześniej. Nie dowierzała w to, co się właśnie stało. Kiedy Marco zniknął z jej pola widzenia, wiedziała, że właśnie go straciła. Czuła się jakby ktoś wbił jej kolec w serce, jakby cały świat jej się zawalił. Nie chciała dłużej siedzieć sama na plaży, więc niezauważalnie pobiegła do domku Oskara. Na szczęście nikt nie stanął jej na drodze. Przekręciła kluczyk w drzwiach i rzuciła się na łóżko.

"Znowu cierpię, znowu jestem sama. Dlaczego życie musi mnie tak doświadczać? Co ja takiego zrobiłam? 
Nie dam rady! Jestem za słaba, aby wytrzymać kolejną próbę. Właśnie tracę cząstkę siebie, życie odbiera mi kogoś kogo kocham. Nie mogę oddychać, brak mi tlenu..." 

Przepraszam, że dopiero teraz, ale ostatnio nie miałam na nic czasu. Jestem wykończona :/ Zaniedbałam swojego bloga jak i wasze, ale postaram się to jakoś naprawić. :)
Chciałabym Wam bardzo podziękować za wszystkie komentarze. Pełna mobilizacja :*
Jeżeli rozdział jest okej to zostawcie coś po sobie. Pozdrawiam :*:*





sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział 16

 Był już tak bliski celu, bliski spotkania z Sylwią. Od Dortmundu dzieliło go zaledwie kilka kilometrów. W jego głowie panował wielki zamęt, ani na chwilę  nie mógł uporządkować myśli. Miał wątpliwości czy jadąc do niej, postępuje właściwie. Doskonale wiedział, że takim spotkaniem na pewno ją zrani, a dokładniej jego przebiegiem i zakończeniem. Ogólnie rzecz biorąc to ma być ich pożegnanie. Choć nie chce musi ją zostawić samą, zwyczajnie będzie musiał ją porzucić. Tak bardzo się do siebie zbliżyli, zdobył jej zaufanie, a teraz nagle to co zyskał w jednej chwili może stracić. Nie wiedział jak to rozegrać, chciał ją po prostu zobaczyć. Może to samolubne, ale gdyby odszedł bez słowa, bez żadnego pożegnania, czułby się jak zwykły śmieć bez serca, bez uczuć. Niestety i tak po części zachowuje się jakby nim był.
- Marco, na pewno wiesz co robisz? – zapytał jeszcze spokojnym tonem Roman.
- Wiesz, ostatnimi czasy nic w moim życiu nie jest pewne. – odruchowo złapał się za rozpalone od gorączki czoło. – Mógłbyś zjechać na pobocze? – znowu poczuł gwałtowne uderzenia gorąca.
Kierowca pojazdu kiwnął głową, po czym zatrzymał się na niewielkim odcinku drogi. Blondyn natychmiast wysiadł z auta nie przestając, obejmować bolącej głowy.
-A co jeśli zdradzisz się ze swoją chorobą, co jeśli wszystko wyjdzie na jaw? Popatrz na siebie, zobacz w jakim ty jesteś stanie. – Roman nie mógł, znieść widoku cierpiącego przyjaciela.
- Jeżeli ty będziesz trzymał język za zębami to Sylwia o niczym się nie dowie. Nie stchórzę, kiedy jestem już tak blisko. Nawet nie wiesz, jak mi jej brakowało, jestem idiotą, że się tyle do niej nie odzywałem. Zamiast korzystać z czasu, który mi został tu w Niemczech, gdzie mogłem spędzić z nią jeszcze tyle chwil, zachowałem się jak frajer. Muszę ją ujrzeć, choć ten ostatni raz, rozumiesz? – nie ukrywał swoich łez, które rzewnie spływały po jego policzku, jeszcze nigdy nie był w tak trudnej sytuacji.
- To twoja decyzja, nie będę się mieszał. Zrobisz jak zechcesz, ale pamiętaj, że cię ostrzegałem. – głośno trzaskając drzwiami wrócił do samochodu.
Reus połknął garstkę pastylek, dzięki nim mógł doprowadzić się do normalnego stanu. Wziął kilka głębokich oddechów, a zaraz potem wsiadając do samochodu udał się w ślady przyjaciela. Żaden z nich nie miał zamiaru się odezwać, po krótkiej chwili Roman odpalił pojazd i ruszyli w dalszą część drogi.

***



W tym samym czasie w Dortmundzie trwały przygotowania do imprezy. Pożegnanie lata, które co roku organizowali Thomas z Oskarem było niezapomnianym wydarzeniem. Chłopaki właśnie dopinali wszystko na ostatni guzik. Zaprosili z grona znajomych jakieś kilkadziesiąt osób. A wszystko odbywało się na terenie ogromnego domku letniskowego Oskara, którego pokoi użyczał dla wszystkich gości. Centrum przyjęcia odbywało się na zewnątrz, czyli na świeżym powietrzu. Idealna lokalizacja na tego typu zabawy. Trzeba także podkreślić, że domek znajdował się nad niewielkim jeziorem.
- Córeczko i pamiętaj, żebyś za bardzo nie szalała. Nie chcę cię potem szukać po jakichś szpitalach. – przestrzegał nastolatkę zatroskany ojciec.
- Niech się pan nie martwi. Dopilnuję, aby Sylwia nam się za mocno nie rozbrykała. – obiecywał Thomas.
- Z pewnością będzie grzeczna, jak aniołek. Położę ją spać przed północą, a alkoholu nie wypije ani kropelki. – wtórował mu Oskar.
- Oskar, z tym piciem to lekka przesada, wcześniej mówiłeś co innego. Ja tu zaopatrzyłam się w pół litra, a ty teraz takie głupoty wygadujesz. – zbulwersował się brunetka.
- Chyba, że połowa z tego dla mnie. A ty najwyżej wypijesz kilka kieliszków. – żartował dalej perkusista.
- Słucham? Żartujecie sobie ze mnie? W innym przypadku zabieram cię z powrotem do domu. – nie dowierzał w słowa córki.
- Głupole. No oczywiście, że robią sobie z pana żarty. Sylwię alkohol nie kręci, więc może być pan o nią spokojny. – zapewniał ojca przyjaciółki Thomas.
- Tato, chyba masz do mnie zaufanie. Wiesz, jaka jestem naprawdę. Bądź spokojny, nic głupiego nie zrobię.
- No już dobrze. Thomas, ufam ci bezgranicznie i wierzę, że nie dasz nikomu skrzywdzić mojej jedynej córeczki. Nie będę wam już przeszkadzał, więc bawcie się dobrze. – na koniec pożegnał całe towarzystwo.
- Dziękujemy! Do widzenia! – odparli chórem.
Ucałował nastolatkę i z piskiem opon odjechał. Relacje Sylwii z ojcem uległy znacznej zmianie. Pan Nowak zrozumiał wiele spraw. Nie chciał tracić dobrego kontaktu z Sylwią, dlatego wolał przyznać się do błędów jakich dokonał w swoim wcześniejszym zachowaniu. Przez kilka dni sporo ze sobą rozmawiali. W tym czasie ojciec przeprosił dziewczynę za wszystkie oszczerstwa, które rzucał w stronę Marco. Podkreślił, że był głupi oceniając piłkarza wcale go nie znając. Obiecał, że kiedy pozna chłopaka córki, dla jej dobra będzie starał się zaakceptować jej wybór.  Nie chce znowu jej tracić, więc zgodzi się na wszystko. Dla niego liczy się wyłącznie jej dobro i szczęście. W końcu ma tylko ją, żonę już prawie stracił. Matka Sylwii przebywa nadal w Polsce, rzadko kontaktując się z córką. A wracając do sprawy rozwodowej rodziców dziewczyny odbędzie się dokładnie za miesiąc…
- Nie ma jeszcze Dominika? – zapytała rozglądając się wokoło.
- Coś wspominał, że może się spóźnić. – odparł Thomas. – Marco będzie?
- Obiecał, że przyjedzie. Mam nadzieję, że dotrzyma obietnicy. – westchnęła dziewczyna, na jej policzkach ukazał się lekki rumieniec, zawsze tak było kiedy zaczynała o nim myśleć. – W takim razie, idę na górę się przebrać. – ruszyła do specjalnie przygotowanego dla niej pokoju, gdzie miała spędzić noc.

***

Serce waliło jej jak oszalałe, czuła chmarę motylków latających w jej brzuchu . Dostrzegła blondyna, opierającego się o poręcz tarasu. Stał odwrócony do niej plecami,  tępo wpatrywał się w horyzont. Nawet nie usłyszał cichych kroków ukochanej. Dziewczyna zbliżyła się i delikatnie zasłoniła rękoma, oczy chłopaka. W pierwszej chwili blondyn nieco się przestraszył, ale później rozpoznał unoszący się w powietrzu zapach perfum brunetki. Odwrócił się do niej tak, że stykali się do siebie czubkami nosów. Oboje promienieli z radości, tak bardzo tego pragnęli. Sylwia z całych sił przytuliła się do Marco, a z jej oczu popłynęły łzy szczęścia.
- Przepraszam… Przepraszam za wszystko… - szeptał, przez chwilę całując jej czoło. – Jestem dupkiem, że nie dawałem o sobie znać, jest mi z tym strasznie głupio.
- Nie masz mnie za co przepraszać, ja się wcale na ciebie nie gniewam. Wszystko rozumiem, przecież masz też swoje życie zawodowe. Jesteś piłkarzem i wiem, że większość czasu spędzasz na meczach, treningach. Co prawda było mi trochę przykro, że nie dzwonisz, ale w myślach cały czas cię usprawiedliwiałam.
- Jesteś cudowna, ale nadal czuję się winny. Jak ja mogłem cię tak zaniedbać.
- Możesz jeszcze wszystko nadrobić. – znowu wtuliła się w chłopaka.
 W tej chwili Marco poczuł się najgorzej, przecież nie będzie mógł już nadrobić straconego czasu, wręcz przeciwnie to ostatnie godziny jakie razem spędzają.
 Miał uczucie, że jego serce zaczyna krwawić. Wszystko co teraz powiedział brzmiało jakby chciał na nowo naprawić ich relacje, a przecież wcale tak nie jest. Musi jeszcze dziś zakończyć ten związek, to była jego ostateczna decyzja. Lecz nie pomyślał o emocjach, które wszystko mogą popsuć. Boi się, że słowami, skrzywdzi ją jeszcze bardziej. Ich rozstanie chciał odwlec w czasie, dlatego postanowił, że poważną rozmowę odbędą wieczorem. Zdecydował, że na ten moment będzie udawał, że wszystko jest w porządku. Tak, jakby żadnej choroby, wyjazdu, rozstania wcale nie było. Chce skupić się na chwili obecnej, na widoku szczęśliwej dziewczyny.
- Zakochańce, może zejdziecie do reszty towarzystwa. Jeszcze nacieszycie się sobą. – zawołał z bananem na twarzy Thomas.
- Thomi, zajmij się lepiej Laurą, bo Oskar ci ją znowu sprzątnie sprzed nosa. – odgryzła się brunetka. – Tylko zobacz jak ją mierzy wzrokiem. – zaśmiała się.
Thomas tylko zmrużył oczy i wrócił do bawiących się znajomych, a dokładniej do swojej dziewczyny. Skorzystał z rady najlepszej przyjaciółki. Po chwili czułości, Sylwia i Marco obejmując się, dołączyli do przyjaciół...

***


- No nareszcie. To co? Smażę wam coś do jedzenia, widzę Sylwia jak patrzysz na to mięsko. – mówił Thomas, stojąc przy grillu.
- Tylko nie spal jak zwykle. Chcę karkówkę, a nie węgiel. – postawiła warunek nastolatka.
- Bardzo śmieszne. – rzekł urażony.
- Oskar, miałeś rozdawać gościom napój. A ty stoisz jak kołek i nic. Co z ciebie za gospodarz. – zaczął sprzeczkę Kranz.
- Z ciebie wcale nie lepszy, mógłbyś te skrzynki z piwem wyjąć z samochodu albo chociaż powiedzieć mi, że tam właśnie są. Ale nie, muszę się domyślać. – bronił się Oskar.
- Chłopaki przestańcie się kłócić. Oskar trzymaj kluczyki i przynieś w końcu to co masz przynieść, a ty Thomas lepiej skup się na grillu, bo coś tu śmierdzi. A na dodatek coś ci się tam pali. – zabrała głos Laura.
- Auuu… Moja noga… - Thomas za mocno poruszył węglem i rozżarzona bryłka spadła prosto na jego stopę.
- Wiedziałam, że tak będzie. Normalnie jak dziecko. Choć biedaku, w kuchni powinna być apteczka. A z waszej kiełbaski chyba nici. – zaśmiała się Laura, patrząc na czarne coś, które jeszcze niedawno było mięsem.
- Czarownica! – krzyknął Thomas, patrząc na Sylwię.
Całe towarzystwo wybuchło śmiechem, a władzę nad grillem przejął Roman. W młodości powtarzał sobie, że jeżeli nie uda mu się zostać zawodowym piłkarzem, to otworzy własną restaurację i zostanie tam szefem kuchni. Nie tylko kocha jeść, ale także uwielbia gotować. Można pozazdrościć Monie – wybrance jego serca.
Oskar poznosił z auta kilka skrzynek piwa i zaczął rozdawać gościom.
- Marco, łap! – rzucił w stronę piłkarza puszkę złotego napoju.
- Dzisiaj nie piję. – wiedział, że nie może mieszać alkoholu z lekami, które regularnie zażywał.
- No co ty? Z nami się nie napijesz? – zdziwił się Oskar.
- Ja z wami nie wypiję, za to Roman nie będzie się dziś ograniczał. – wybronił się z wszelkich pytań na temat alkoholu, dostrzegł również radość w oczach Sylwii.
- To prawda, a jedzonko już gotowe. Oskar podawaj mi talerzyki.  – chcąc ratować przyjaciela, potwierdził jego wersję.
- Okej, a gdzie Thomas? Ten węgiel, a nie jedzenie to jego popis kulinarny?
- Niestety, Bóg nie obdarował go talentem kulinarskim. Dobrze, że chociaż śpiewać potrafi. A wracając do jego gotowania, to przed chwilą nasz kucharz sparzył sobie nogę węglem. – wytłumaczyła Sylwia.
- Co za fajtłapa, żeby spieprzyć karkówkę to już naprawdę trzeba być zdolnym.  -  zaśmiał się . – O wilku mowa, idzie nasz wielki MasterChef. – popatrzył na kuśtykającego Thomasa i na trzymająco go za rękę Laurę.
- I z czego rżysz jak kobyła Piłsudskiego. – zwrócił się Thomas do Oskara.
- Z ciebie i z twojego ślamazarstwa.  Wątpiłem, ale muszę przyznać, że ty to jednak, jesteś uzdolniony wszechstronnie. – dalej nabijał się z przyjaciela.
- Jeszcze jedno słowo, a szukam nowego perkusisty, więc uważaj. – zagroził.
Po tym szantażu, Oskar momentalnie ucichł. Reszta wieczoru minęła w dość przyjemnej i luźnej atmosferze. Chłopaki dalej sobie dogryzali, ale już wyłącznie w celu rozśmieszenia towarzystwa. Na imprezie pojawił się również Dominik, 
ale przyjaciele nie spostrzegli go, gdyż zaczepiła go siedząca przy innym stole koleżanka z klasy. Chciał podejść i się przywitać, ale rozmawiając z dziewczyną, która wydawała się być bardzo sympatyczna, zupełnie o tym zapomniał.
Jeszcze było widno, więc Marco widząc przy brzegu małą łódkę, wpadł na genialny pomysł, aby udać się z Sylwią na intymną wyprawę...

Znowu rozdział tak późno, ale w ogóle nie mogła zabrać się za pisanie, do tego brak motywacji. Zaległości u was po raz kolejny są, dlatego, że miałam problem z dostępem do internetu...
 Dobra koniec narzekań, nawet nie miałam okazji złożyć wam życzeń, ale mam nadzieję, że święta minęły wam w przyjemnej i radosnej atmosferze. Nowy rok, nowe wyzwania, oby ten rok był jeszcze lepszy od poprzedniego, będę chociaż się łudzić. Wszystkiego Najlepszego Dla Was! 
Ach przysiadłam sobie wczoraj do pisania i tak trochę się rozpisałam, więc jak będzie co najmniej 10 komentarzy to dam kolejny rozdział, może do środy do moich urodzin coś się uzbiera. :) Wydaję mi się, że tamten rozdział będzie ciekawszy. Potrzebuję motywacji, chcę wiedzieć czy mam dalej pisać :/ Zabieram się za wasze blogi i za pisanie 18 rozdziału. Już nie przynudzam. :) Pozdrawiam cieplutko :*

niedziela, 1 grudnia 2013

Rozdział 15

Przebudziła się chwilę przed dźwiękiem alarmu budzika, który miał przerwać jej sen. Kilka razy szeroko ziewnęła, po czym leniwie z ociąganiem wstała z łóżka. Dominik nadal słodko spał, więc nie chciała go brutalnie zrywać. Sama nie lubiła jak matka lub ojciec wrzeszczeli jej do ucha, aby wstawała do szkoły. Koszmarne uczucie. Postanowiła, że da mu jeszcze dziesięć minut. Jeżeli po tym czasie nie wstanie zedrze z niego kołdrę. W końcu nie mogą spóźnić się pierwszego dnia szkoły. Nałożyła na siebie szlafrok, ulubione kapcie, a potem prędko popędziła do łazienki, aby wziąć orzeźwiający prysznic, który nieco ją przebudzi. Choć w wakacje była strasznym śpiochem, teraz zmuszona jest przestawić swój organizm na godziny poranne. Zawsze miała z tym problem. Ale trudno się dziwić, nikt nie lubi wyrywać się z ciepłego i przytulnego łóżeczka. Toaleta zajęła jej więcej niż przypuszczała, dlatego z łazienki wyszła po około dwudziestu minutach. Wyglądała już nieco lepiej niż po przebudzeniu. O dziwo, patrząc na łóżko, nie zauważyła w nim Dominika, który jeszcze do niedawna smacznie sobie drzemał. Posłanie było równiutko zaścielone, jak nigdy. Nie oszukujmy się, dziewczyna nie była zbytnim czyścioszkiem. Matka zarządzając generalne porządki, nie miała zbytniej pomocy, gdyż dziewczyna nie raz zasłaniała się nauką.  Odłożyła zbędne ubrania do kosza z praniem, a sama skierowała się na dół, w celu odnalezienia przyjaciela. Tak jak myślała, nastolatek próbował przyrządzić jakieś śniadanie. Widząc dziewczynę poczuł lekkie zakłopotanie.
- Wybacz, że tak się rozgościłem. Chciałem zrobić coś do jedzenia, ale stać mnie tylko na zrobienie kanapek z dżemem. – zrobił nietęgą minę.
- Eee tam… Czuj się jak u siebie w domu. – wyszczerzyła się, siadając do stołu. – A kanapki z dżemem uwielbiam.
- Poczekaj, mam jeszcze dzbanek z kawą zbożową. – wstał od stołu, podszedł po naczynie i zaczął powolnym strumieniem nalewać gorący napój do obu filiżanek.
- I jak ci się spało? Tak, w ogóle to dzięki, że ze mną zostałeś. Nawet nie wiesz jak się boję nocować w pustym domu.
- Rozumiem. Na szczęście nie słyszałem, żebyś chrapała. – zachichotał - A tak na poważnie to nawet się wyspałem.
Chwilę rozmawiali o dzisiejszym dniu, o szkole, o swoich obawach, aż dziewczyna skończyła posiłek.
- Dziękuję było pyszne. – podniosła się z krzesła. Pójdę się przebrać, bo niedługo trzeba wychodzić.
- Ok. To ja posprzątam po śniadaniu. – otworzył zmywarkę, wkładając do niej brudne naczynia.
Nastolatka udała się do swojego pokoju, a tak właściwie do szafy, gdzie wisiała jej czarna sukienka, którą wkładała na specjalne okazje. Rozpoczęcie roku szkolnego w nowej szkole jest niewątpliwie taką sytuacją. Włożyła wcześniej przeprasowane ubranie, dopinając jeszcze niesforny suwak, którego nie mogła do końca zasunąć. Kiedy uporała się z niewielkim problemem, wyjęła spod łóżka czarne, a zarazem lśniące szpilki, które dodawały jej odrobinę kobiecości. Na sam koniec zrobiła delikatny makijaż oraz założyła srebrne kolczyki, które dostała od ojca w zeszłą gwiazdkę. Włosy jak zwykle bezwładnie opuściła na ramiona. Wróciła do kuchni, zdumiony chłopak od razu pochwalił niecodzienny wygląd przyjaciółki. Brunetka nie chcąc tłuc się o tej porze tramwajem zdecydowała, że zadzwoni po Thomasa, który możliwe, że mógłby ich podwieźć. Przyszły student bez wahania się zgodził. Przecież czego nie robi się dla najdroższej Sylwuni. Przed wyjściem z domu zapakowała do torby ubrania, aby potem móc się w nie przebrać. Zakluczyła mieszkanie, a po kilku minutach przed bramą ukazał się samochód Kranza. Wsiedli do auta i z piskiem opon ruszyli w miejsce zamieszkania Dominika. Sylwia zapoznała obu panów, a oni najwyraźniej przypadli sobie do gustu. Przez całą drogę nawijali o muzyce. I jak się okazało dziewczyna odkryła kolejny talent rówieśnika, jakim jest gra na gitarze. Będąc na miejscu szesnastolatek chciał zaprosić towarzyszy do środka. Jednak oni jednogłośnie odmówili. Zrezygnowany pobiegł do domu się przebrać.

- Więc tłumacz się, dlaczego tak długo się nie odzywałeś. – oznajmiła splatając ręce.
- Przepraszam, ale rozumiesz te wszystkie koncerty były takie męczące. A i z tego wszystkiego  zapomniałem ci powiedzieć, że od jakiegoś czasu spotykam się z Laurą.
- Och to cudownie. – przytuliła chłopaka. – Gratuluję. – zarumienił się.
- Dzięki… Mam nadzieję, że tym razem tego nie schrzanię… A jak tam układa ci się z Marco?
- Dawno się nie odzywał. – posmutniała. – Pewnie jest wyczerpany po treningach… Strasznie za nim tęsknię…
Na samą myśl o chłopaku jej ciało przeszedł obezwładniający dreszcz. Pragnęła by był blisko niej, by mogła ponownie poczuć dotyk jego zawsze rozpalonych ust. Uścisk jego silnych ramion oraz zapach pociągających perfum. Któż by pomyślał, że tak szybko zakocha się w mężczyźnie, którego poznała przez internet? Nie licząc koszmarnego związku, a potem rozstania z Meyerem oraz notorycznych kłótni jej rodziców, Sylwia przeżyła najwspanialsze chwile w życiu. Rozpamiętywała każde chwile, które wydarzyły się podczas ostatnich dwóch miesięcy, aż spostrzegła przed oczami machającą rękę Thomasa.
- Sorry, zamyśliłam się. – odparła, ciężko wzdychając. – Mówiłeś coś?
- Mówiłem o tym, że przez te ciągłe koncerty nie było okazji zrobić imprezy na pożegnanie wakacji. – rzekł podekscydowany.
- No racja. Znając ciebie pewnie masz już jakieś plany.
- Myślałem nad tym, aby w ten weekend urządzić imprezkę na otwartym powietrzu. Tam, gdzie zeszłego lata.
- Brzmi świetni. Możesz na mnie liczyć.
- Więc postaram się wszystko ogarnąć. W końcu studia dopiero za miesiąc.
Naturalnie, Thomas zaprosił już pierwszego gościa. Dominik przyjął propozycję bez wykręcania się.
Do szkoły zajechali o równej ósmej. W oczach Kellera można było dostrzec niemałe przerażenie, co szybko udzieliło się tak samo zdenerwowanej nastolatce. Stawiając coraz to kolejne kroki po szkolnym holu stres powoli opuszczał ciała już nieco wyluzowanych nastolatków. Szkoła robiła niezwykłe wrażenie. Był to wielki budynek, który jak można wywnioskować po wyglądzie miał już swoje lata. Właśnie to dawało jej największy urok, w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach. Oboje dotarli do sali, gdzie usiedli razem w jednej ławce. Ich wychowawca to nauczyciel języka angielskiego, który pomimo groźnego wyglądu wydał się naprawdę sympatycznym facetem. Klasa okazała się dość liczna, bo aż trzydziestoosobowa, gdzie z niewielką przewagą w ilości, dominowały dziewczęta. Sylwia spostrzegła wiele znajomych twarzy i ze szkoły podstawowej jak, i z gimnazjum. Cieszyła się, że ci ludzie nie będą dla niej całkiem obcy. Po dwóch godzinach paplaniny starszego mężczyzny, młodzież uzyskała pozwolenie na opuszczenie sali. Nastolatka przywitała się ze starymi znajomymi, a kiedy wszyscy zebrali się do domu, udała się do toalety by zmienić uwierające ją ubranie. Gdy wyszła przebrana, na korytarzu ujrzała czekającego na nią Dominika. Chłopak z racji tego, że nie musiał dzisiaj pracować u wuja w sklepie, postanowił zabrać dziewczynę w swoje ulubione miejsce, czyli na plażę. Droga zajęła im niewiele czasu. Oboje stwierdzili, że to naprawdę świetne miejsce na wagary. 
- Ależ tu pięknie. Tego miejsca jeszcze nie widziałam. - rzekła zdumiona, kładąc się na rozpalony przez promienie słoneczne piasek.
Temperatura na termometrach nadal wskazywała trzydzieści stopni Celsjusza. 
- To jest moje tajne miejsce. Prawie żadnych ludzi tylko ja i natura. - zaśmiał się. - Przychodzę tu jak mi źle, choć teraz to inna sytuacja. - tłumaczył.
- No ja myślę. - odwzajemniła uśmiech.
Nastała chwila ciszy. Dziewczyna nie myśląc, zadała pytanie na temat, którego Dominik unikał jak ognia.
- Pewnie ciężko jest ci żyć bez rodziców? - odważyła się zapytać, ale widząc wyraz twarzy chłopaka, próbowała zmienić temat. - Przepraszam, nie powinnam o to pytać.
- Spokojnie, przyzwyczaiłem się z myślą, że wcale nie obchodzę moich ro... - słowo "rodzice" nie mogło przejść mu przez gardło. - Nawet nie mogę nazwać ich rodziną, alkohol był dla nich ode mnie ważniejszy, gdyby mogli sprzedali by mnie za skrzynkę wódki. Nie kontaktowałem się z nimi przez tyle lat i jest mi obojętne czy nadal żyją, czy może zapili się na śmierć. To jest nie do pojęcia co alkohol robi z mózgiem człowieka. Oni każdy dzień zaczynali od butelki trunku. Kiedy żył dziadek było całkiem inaczej. Na początku próbował ich postawić do pionu, ale gdy zaprzepaścili jego pomoc, odpuścił. Jedyne co mógł zrobić, to uratować mnie od nich. Przygarnął mnie do siebie, opiekował się mną jak tylko mógł. Czułem od niego wielką miłość, jakiej nie dostałem od ojca i matki. Niestety, dziadek był uzależniony od papierosów. To tak samo obrzydliwy nałóg jak alkohol. Przyzwyczaja organizm człowieka i uodparnia na swoje działanie. Pewnego dnia zmarł na raka krtani, to był dla mnie ogromny cios, prosto w serce. Długo nie mogłem się po tym pozbierać. Czułem się jak podrzutek. Cały rok błąkałem się po rodzinach zastępczych, aż zlitował się nade mną wuj. Serce mu się krajało, kiedy widział mnie takiego bez życia, zagubionego. Mam z nim świetny kontakt, zawsze próbuje mi pomóc, w każdej trudnej sytuacji. - westchnął już z nieco lekkim uśmiechem.
Obiecałem sobie, że będę omijał szerokim łukiem i papierosy, i alkohol. Nie chcę skończyć tak jak moja rodzina. Staram się nie myśleć o przeszłości, ale wiadomo, że wszystkich wspomnień nie da się tak po prostu zmazać. Teraz skupiam się na realizacji swoich marzeń, tym co jest obecnie, swojej historii już nie zmienię.
- I słusznie, nie ma co rozpamiętywać tamtych czasów. Życie pisze trudne scenriusze, ale pamiętaj po burzy, zawsze wychodzi słońce. - objęła go ramieniem, dodając wsparcia. - Pamiętaj, że masz mnie, więc z każdym problemem wal prosto z mostu. Ja zawsze służę pomocą. Najgorszym co może być jest duszenie w sobie wszystkich emocji.
- Staram się jak mogę. Choć nie zawsze wychodzi tak jakbym tego chciał. Był nawet moment, że miałem poważne problemy z rówieśnikami. 
- Zobaczysz teraz będzie tylko lepiej. Pod żadnym pozorem, nie można snuć czarnych myśli. Pamietaj!
- Dzięki, za wsparcie. - poklepał ją po plecach. -Będę o tym pamiętać - westchnął, po czym na jego twarzy zagościł cwaniacki uśmieszek. 
- Kto ostatni do wody ten zgniłe jajo. - wstał i zaczął biec, zostawiając za sobą dziewczynę.
- Ej, to niesprawiedliwe. Ty jesteś szybszy. - rzekła zbulwersowana, goniąc rozpędzonego chłopaka.
Cały dzień spędzili na plaży, kąpiąc się i wygłupiając jak małe dzieci. Dominik wreszcie znalazł osobę, z którą może pogadać o wszystkim. A co najważniejsze nie musi się obawiać, że jego sekrety będą na ustach innych rówieśników jak to było w przypadku Evy, której się zwierzył. W końcu mógł się poczuć jak normalny nastolatek. Choć na chwilę bez problemów i bez żadnych trosk. 
Nie miał jednak pojęcia o rzeczywistości, która była dla niego niesamowicie brutalna...
Torebka dziewczyny zaczęła nieoczekiwanie wibrować. Na wyświetlaczu komórki nastolatki pojawił się numer telefonu Reusa. Piłkarz w końcu postanowił dać o sobie znać...

Kolejny rozdział o niczym. :/ Miałam w tym rozdziale postawić na akcję, ale za bardzo się rozpisałam. No cóż, wyszło jak wyszło. Mam już ogólny zarys co wydarzy się w kolejnych rozdziałach. Pomysłów mam nadmiar, lecz czasu nie za wiele. Nie daję rady dodawać nowości co tydzień, więc myślę, że rozdziały będą ukazywać się co dwa tygodnie. Mam nadzieję, że jeszcze chcecie czytać moje wypocinki. Znowu mam trochę zaległości u was, ale postaram się to zmienić. Zostawcie po sobie jakiś ślad.
Na koniec dziękuję Wam, że jesteście ze mną. Pozdrawiam, Sylwia :*



niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział 14

Po wyjściu ze szpitala całe popołudnie szwendał się bez celu po zatłoczonym Moenchengladbach. Mijając szczęśliwą rodzinę z dziećmi, jego kąciki ust odruchowo się uniosły. Rodzice od dziecka wpajali mu, jak ważną wartością w życiu człowieka jest rodzina. Marzył, aby w przyszłości założyć swoją, z gromadką potomstwa i kochającą go żoną. Usiadł na ławce w parku i zaczął obserwować bawiące się dzieci. W jego stronę podbiegł kilkuletni chłopczyk, który chciał odzyskać wykopaną wcześniej piłkę. Marco podniósł pożądany przedmiot, chcąc oddać go chłopcu.
- To chyba twoje. - rzekł z uśmiechem podając dziecku piłkę.
- Dziękuje baldzo, a mozie chcie pan zaglać ze mno. Bo dzieci nie chcio się zie mno bawić. - odparł ze smutną minką mały blondynek.
- Oczywiście, że z tobą zagram. - skierował się za chłopczykiem.
Dotarli na boisko, gdzie przebywał chłopiec i zaczęli udawać, że rozgrywają prawdziwy mecz. Reus swoją postawą sprawił dziecku wielką radość. Kiedy oboje opadli z sił, usiedli opierając się o bramkę.
- Coś czuję, że wyrośnie z ciebie prawdziwy piłkarz.
- Baldzo chciałbym, piłka to moje zicie. Jak pan to lobi, zie pan tak dobzie gla? - zapytał zaciekawiony.
- Bo tak się składa, że jestem zawodowym piłkarzem i prawie codziennie muszę tranować. - wyjaśnił.
- Naplawde? A moge dośtać od pana autoglaf? - chłopiec skakał z radości.
- Jasne mały, nawet ze specjalną dedykacją. Jak masz na imię? - poczochrał blondynka po włosach.
- Mam ćtely latka i jeśtem Jasio. - chłopczyk wyciągnął z plecaczka czarny marker, następnie podał piłkarzowi, dzięki czemu Reus podpisał się na jego piłce.
- Proszę, Jasiu. A czemu tak właściwie jesteś tutaj sam? 
- Bawiłem sie z Alo, ale uciekła, kiedy powiedziałem jej, zie jeśtem choly i mam laka. - rzekł przygnębiony.
Tymi słowami całkiem rozbił piłkarza. Zszokowany chłopak nie wiedział co ma powiedzieć. Nie mógł uwierzyć, że tak małe dziecko, dotyka tak paskudna choroba.
- O właśnie idzie moja mamcia. - podbiegł uradowany do nadchodzącej szatynki.
- Jasiu, gdzieś ty się podziewał, miałeś bawić się z koleżanką, a nie rozmawiać z obcymi. - zdenerwowała się.
- Psieplasiam mamusiu. Ale pan Malko tylko zie mną glał, to naplawde plawdziwy piłkaź. Nie gniewaj sie na mie. Moziemy jeście chwile tu zośtać. - błagał matkę.
- Dobrze, nie będę. Musisz mi jednak obiecać, że taka sytuacja więcej się nie powtórzy. Zostaniemy chwilkę, ale pamiętaj, że zaraz musimy wracać do szpitala. - oznajmiła, podając dziecku watę cukrową.
- Obieciuje. Musiś poźnać tego pana. Jeśt baldzo miły i fajny i nawet dał mi śwój autoglaf. - pociągnął matkę za rękę, a sam udał się na bujawkę.
- Dzień dobry, jestem mamo Jasia. Dziękuję, że pograł pan z małym, już dawno nie był tak szczęśliwy. 
- To naprawdę świetne dziecko i w dodatku takie mądre. Tylko nie dociera do mnie fakt jego choroby.
- Życie naprawdę daje pożądnego kopa. - do jej oczu napłynęły słone łzy. - Miesięc temu dowiedziałam się, że jest ciężko chory. Lekarze dają mu wielkie nadzieję na wyzdrowienie, ale potrzebna jest spora suma pieniędzy. 
- Naprawdę niech pani się nie martwi o pieniądze. Niedługo mały wyzdrowieje i wszystko wróci do normy. - starał się pocieszyć matkę chłopca.
- Dziękuję bardzo i przepraszam, że Jasio zajął panu czas.
- Nie ma sprawy, to była dla mnie czysta przyjemność. 
- Jasiu, chodź tutaj. Musimy już wracać. - zawołała rodzicielka.
- Chciałbym, jeście poloźmawiać z panem Malko.
- Tak, słucham cię mały.
- Niech pan się nie martwi o mie, ja niedługo wyźdlowieje, bo sie nigdy nie poddam.
- No pewnie brzdącu. Jak wyzdrowiejesz to przyjdziesz pograć do mnie na stadion z prawdziwymi piłkarzami.
- Ale śupel. Dziekuje panu.
- Dobrze kochanie musimy już iść. 
- Ćeść i do ziobacienia. - przybił piątkę z piłkarzem.
- Trzymaj się. - Marco pożegnał chłopczyka uśmiechem.

***

Po kilku minutach wrócił do domu, zaparkował auto w garażu i nie wchodząc do domu, spoczął na schodach przed drzwiami. Znowu zaczął rozmyślać o przyszłości. Choroba małego Jasia jeszcze bardziej go przybiła. Za główny cel postawił sobie pomoc choremu dziecku, dlatego też zdecydował, że anonimowo przekaże pieniądze na leczenie chłopca. Tak młody chłopczyk wyznał mu, że nie wolno się poddawać, że zawsze trzeba walczyć do końca. Dla Marco nie było to takie proste, jego umysł zawładnęły czarne myśli, których za wszelką cenę nie mógł odpędzić.
Chciał wreszcie wejść do środka, lecz spostrzegł nadjeżdżający samochód Romana. 
- Stary w końcu cię złapałem. W ogóle nie odbierasz ode mnie telefonów. Byłem popołudniu ze dwa razy i co, pocałowałem klamkę. - oznajmił, otwierając furtkę. - Co się z tobą ostatnio dzieje, miałeś przyjść rano na trening.
- Nie przyszłem i pewnie już nigdy nie przyjdę. - odparł obojętnym tonem.
- Marco, co ty gadasz?  Czy ciebie do reszty pogięło? O co ci chodzi? - dociekał przyjaciel. - Po raz kolejny tęsknisz za Sylwią. - odparł lekko zirytowany.
- Tęsknię i do końca życia będę za nią tęsknił. - mówiąc to zaszkliły mu się oczy.
- Możesz mi wreszcie powiedzieć, o co ci do cholery chodzi, przecież jestem twoim przyjacielem.
Postanowił dłużej nie tłumić tego w sobie i wyznać Romanowi prawdę, jemu zdycydowanie może zaufać.
- Chcesz wiedzieć? Więc, jestem śmiertelnie chory! Dlatego już więcej nie zagram, już więcej jej nie zobaczę. Rozumiesz?
Zatkało go, ale postanowił za wszelką cenę wspierać blondyna.
- Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem. Jesteś zdołowany, a ja zamiast ci pomóc, swoim zachowaniem jeszcze bardziej pogarszam twój stan psychiczny. Po prostu nie spodziewałem się tego. Przecież musi istnieć jakaś szansa, jakieś leczenie, nie wiem cokolwiek. 
Jedyną nadzieją na przeżycie jest leczenie w Stanach.
Stary, kompletnie nie wiem co mam robić. Najgorsze jest to, że na zawsze stracę Sylwię. Tak bardzo ją kocham...
- Nie chcesz jej powiedzieć o chorobie? Nie możesz tak postąpić, ona musi o tym wiedzieć. Chcesz, aby cierpiała?
- Nie mogę zrujnować jej życia. Wyobrażasz sobie co by było, gdyby chciała lecieć za mną. Przecież ona niedługo zaczyna szkołę. Wykluczone, ona nie może się o tym dowiedzieć.
Nie pozwolę, aby patrzyła jak umieram...
- Co ty w ogóle wygadujesz? W takich okolicznościach powinna być przy tobie i cię wspierać.
- Leczenie trwa sześć miesięcy, to czas który o wszystkim zadecyduje. Wyjścia są dwa albo przeżyję, albo umrę.
- Chcesz zostawić ją samą na pół roku bez żadnego wyjaśnienia? 
- Nie dopuszczam innego rozwiązania. Chciałbym choć jeszcze raz się z nią spotkać. Jeden jedyny raz... 
- Jesteś strasznym egoistą...
- Obiecaj, że nikomu o tym nie powiesz.
- Nie rozumiem cię, ale możesz na mnie liczyć... Nie pisnę ani słówka... Co w ogóle zamierzasz zrobić?
- Sam nie wiem, kłamstwa będą nieuniknione. Nie mam pojęcia w jaki sposób to odegrać? Nie potrafiłbym jej powiedzieć prosto w oczy, że jej nie kocham albo, że mam inną.
- Ja nadal jestem zdania, że powinna znać prawdę.
- Muszę jeszcze przed wylotem do niej pojechać, ale prawdziwego powodu wyjazdu jej nie wyjawię...

  ***

Dzień przed szkołą Sylwia postanowiła spotkać się z Dominikiem. Nie chciała ostatniego wieczoru wakacji spędzać samotnie w domu, dlatego też zaprosiła chłopaka do siebie. Ojciec Sylwii akurat wyjechał w interesach, zaś jej matka wróciła na tydzień do Polski. Ostatnimi czasy nastolatkowie bardzo się do siebie zbliżyli. Sylwia spokojnie mogła nazywać Dominika swoim przyjacielem. Przebrała się, a chwilę potem usłyszała dzwonek do drzwi.
- Cześć. - odparł nieśmiało.
- Hej. Świetnie, że już jesteś. - zaprosiła chłopaka do środka.
- Przyniosłem pizzę, gdzie mam ją położyć.
- Tak się składa, że już jedną zamówiłam. - wskazała na opakowanie leżące na stole.
- Ee damy radę. Najwyżej nie zmieścisz się jutro w ubranka do szkoły. - zażartował.
- Ranisz... To było chamskie. Dobra nie będę się gniewać. Siadaj na kanapie, wybierz jakiś film, a ja przygotuję talerze i coś do picia. - oznajmiła udając się do kuchni.
- Masz same horrory? - zapytał zdziwiony.
- W sumie jest jeszcze jakaś komedia romantyczna, ale przeczuwam, że taki gatunek cię nie kręci.
- Zdecydowanie wolę to pierwsze. Może coś o wampirach? - pokazał dziewczynie opakowanie.
- Ok, nawet go nie oglądałam. - usiadła obok chłopaka.
Zanim włączyli film zajadali się pięknie pachnącą pizzą, rozmawiając o jutrzejszym dniu.
- Cieszę się, że będziemy razem w klasie. 
- Ja też... ale i tak obawiam się tej szkoły. Boję się, że znowu będę poniżany... - zaczął spuszczając głowę w dół.
- Dominik, nie martw się, na pewno będzie dobrze. Razem damy radę. - próbowała wspomóc kolegę.
- Dzięki, nie wiem co bym bez ciebie zrobił... - dziewczyna mimowolnie uśmiechnęła się.
- To co załączamy nasz mega hit?
- Pierwszy raz widzę dziewczynę, lubiącą horrory. - odparł zdziwiony.
- No co... Lubię oczuwać emocje związane ze strachem...
Po dwóch godzinach film skończył się. Sylwia nadal siedziała z przerażeniem w oczach, z czego chłopak miał niezły ubaw.
- Nie śmiej się ze mnie... Te wszystkie krwiożercze wamipiry naprawdę były straszne... Nie usnę dzisiaj... - 
- Oj bez przesady. Wiesz, ja będę już się zbierał. Późno już, a trzeba wcześniej wstać. - wstał z kanapy
- O tej porze, przecież możesz przenocować u mnie, a jutro rano, wstąpimy do ciebie po ubrania.
- No nie wiem... Jesteś pewna?
- Chcesz mnie zostawić samą w domu pełnym wampirów? Ktoś w końcu musi mnie obronić. - dodała oburzona.
- No jak tak bardzo nalegasz to zostanę.
- Wspaniale! Więc ja przęśpię się w sypialni rodziców, a ty będziesz spać u mnie w pokoju.
Po godzinie jedenastej wykąpani, udali się do swoich łóżek. Dziewczna za nic w świecie nie mogła usnąć. Leżała wiercąc się i przewracając z boku na bok. Będąc w ciągłym strachu zasłoniła głowę kołdrą, myśląc, że ten w sposób uda jej się zasnąć. Nagle usłyszała dziwny szmer i odgłos drapania pazurami jej kota o ścianę. Nie wytrzmała nerwowo, zabrała kołdrę i szybkim krokiem pomknęła do pokoju, w którym znajdował się chłopak.
- Psst... Dominik, śpisz już? 
- Jeszcze nie. Tak myślałem, że niedługo tutaj zawitasz. - zaczął chichotać.
- No widzisz jak ty mnie dobrze znasz. Mogę spać z tobą, bo tam za żadne skarby nie usnę. - grzecznie poprosiła.
- Ok, obyś tylko nie chrapała, bo wtedy ja nie zmrużę ani oka. 
- Nie, no co ty. Ja nigdy nie chrapię. - zaprzeczała, choć prawda była inna.
- Wskakuj do łóżka, bo już grubo po północy. - położyła się obok bruneta.
- Słodkich snów Dominiczku. 
- Nawzajem. Śpij dobrze....


Przepraszam, że tak późno, ale nie miałam wcześniej czasu. Rozdział nie wyszedł mi zbytnio, ale jakoś nie mam ostatnio weny. Chciałabym Wam bardzo podziękować za wszystkie komentarze, one wiele dla mnie znaczą. Czeka mnie ciężki tydzień, kolejny zapowiada się podobnie, więc nie wiem, kiedy uda mi się napisąć następny rozdział. Mam nadzieję, że mnie nie opuścicie. Czekam na Wasze opinię, zostawcie po sobie ślad. Pozdrawiam cieplutko :*

+ Polecam świetnie zaczynającego się bloga. Naprawdę warto zajrzeć. :)
http://we-happened.blogspot.com

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział 13

Usiadła na ławce przed domem, myśląc co będzie dalej. Jasne było, że po tych wszystkich latach nie chce wracać do Polski. Przecież niby po co miałaby tam znowu wracać? Spędziła tam dzieciństwo, ale rozdział, który przeżyła w polskim kraju to przeszłość. Chciała spełniać swoje marzenia za granicą. Jak wyglądałoby jej życie w stolicy? W Polsce czekałaby na nią szara rzeczywistość, brak przyszłości. Właśnie z tego powodu jej rodzice i ona zamieszkali w Niemczech. Tutaj w porównaniu do Polski, ojciec Sylwii bez problemu odnalazł pracę. Nade wszystko kierowali się rozwojem edukacyjnym córki, lepsza szkoła, lepsze perspektywy. Dziewczyna podjęła ostateczną decyzję. Choćby matka chciała ją tam zaciągnąć siłą, ona się stąd nie ruszy...
Tymczasem usłyszała donośny stukot obcasów. To była jej matka…
- Sylwuniu, posłuchaj mnie... Wiem, że rozwód rodziców to dla dziecka ogromny cios, ale naprawdę tak będzie dla nas najlepiej... - brunetka odruchowo się podniosła.
- Dla nas? Przecież ty nigdy nie liczyłaś się z moimi uczuciami! Nie wiesz, co ja czuję. Nawet nie wiesz jak bardzo mnie w tym momencie ranisz. Czy ty kiedykolwiek zapytałaś mnie o zdanie? - zaczęła krzyczeć, a z jej oczu zaczęły kapać pojedyncze łzy.
- Kochanie, nie rozumiem co ty do mnie mówisz... Ale... - odparła zdezorientowana matka.
- Zawsze traktowaliście mnie jak małą dziewczynkę, jednak teraz jestem już prawie dorosła. Mam swój rozum i nie będziesz decydować o mojej przyszłości. Czy ci się podoba, czy nie, ja zostaję tutaj. - przerwała matce. Zachowujesz się jakbyś w ogóle nie miała uczuć. Przestańcie traktować mnie jak dziecko! - rzuciła na odchodne, wracając do swojego pokoju, tym samym zostawiając zapłakaną matkę samą. Bolały ją wszystkie słowa córki. Nie chciała być złą matką, kochała Sylwię nad życie. Przed narodzinami nastolatki nie znała słowa szczęście, jej byt nie miał najmniejszego sensu. Jej świat nabrał barw, kiedy po raz pierwszy na sali porodowej, ujrzała małą istotką, dzięki której poczuła, że ma dla kogo żyć. Być może teraz czuje, że popełniła gdzieś błąd. Może to tylko dla niej, powrót byłby najlepszym wyjściem. Po dwudziestu latach małżeństwa chce je bezpowrotnie zakończyć. Jej zachowanie można wytłumaczyć w jeden sposób, zaślepiona swoimi problemami małżeńskimi, zaniedbała relacje z własnym dzieckiem. Zachowała się samolubnie, ale czy zdoła to naprawić? 


***

Po raz kolejny obudził się z nieustającym bólem głowy. Swoje kroki skierował do kuchni, gdzie wziął do ręki leżący na blacie kuchennym telefon. Wybrał wcześniej wyszukany numer na lotnisko i zamówił lot. Wczoraj jak zwykle o tej samej porze zadzwonił do Sylwii. W jej głosie od razu poczuł smutek i przygnębienie. Przez telefon nie chciała z nim rozmawiać, w ogóle nie była za rozmowna. Jako, że jest jej chłopakiem i bardzo ją kocha, za wszelką cenę będzie starał się jej pomóc i na każdym kroku wspierać. Z racji tego, że drużyna ma wolne od treningów, postanowił pojechać do Dortmundu i odwiedzić swoją dziewczynę...
Po godzinnym opóźnieniu doleciał na miejsce. Sylwia już na niego czekała. Siedziała ze spuszczoną głową, tępo wpatrując się w wyświetlacz telefonu. W jej oczach można było dostrzec ogólne rozbicie i rozczarowanie. Prawdopodobnie myślała, że chłopak się już nie zjawi, kiedy poczuła subtelny dotyk dłoni na swoim karku, jej nadzieja odrodziła się na nowo. Na jej twarzy momentalnie zagościł promienny uśmiech. Tak bardzo za nim tęskniła. Z każdym dniem ich  miłość stawała się coraz silniejsza i to właśnie tęsknota pogłębiała ich związek , to uczucie kiedy uświadamiasz sobie jak bardzo brakuje ci tej drugiej połówki. Największą nagrodą tego bolesnego cierpienia jest widok uśmiechniętej osoby, która bez przerwy zaprząta twoje myśli. Codzienne rozmowy telefoniczne nie oddadzą całej atmosfery, którą doświadczamy przy spotkaniu twarzą w twarz.
Kiedy po długim oczekiwaniu, spotykasz osobę, do której usychasz z tęsknoty, jeszcze bardziej doceniasz jej obecność…
Przez kilka minut żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Usiadł obok dziewczyny, wpatrując się w jej błękitne jak zburzony ocean tęczówki. Była szczęśliwa, że po tak długiej rozłące, jej ból zostanie ukojony.
- Tęskniłaś chociaż troszkę? – zapytał lekko ściskając jej dłoń.
- Troszkę? Co to za pytanie? Umierałam z tęsknoty.
- Nawet nie wiesz jak bardzo mi ciebie brakowało. – delikatnie dotknął jej rozgrzanego policzka.
Przysunął się jeszcze bliżej, zmniejszając dzielącą odległość ich ciał,  po czym złożył na jej ustach namiętny, pełen miłości pocałunek.
- Spełniasz moje marzenia. – wyznała tuląc piłkarza.
- Kruszynko, to ty jesteś moim marzeniem. Nie mogłem zostawić cię samej z problemami.
- Jeszcze do niedawna tak się kochali… A teraz nie ma dnia, żeby się nie kłócili… A w dodatku wymysł matki o przeprowadzce do Polski… Ja już naprawdę nie mam na nich siły…
- Wiesz, chciałbym ci pomóc. Na pewno istnieje jakieś wyjście z tej całej sytuacji. Ludzie tak bez powodu się nie rozstają. Musi istnieć przyczyna, która zadecydowała o rozpadzie ich małżeństwa. Może jest jeszcze szansa, że dojdą do porozumienia. Z tego co mi opowiadałaś,
bardzo wiele razem przeżyli. Wieloletnie uczucie nie wygasa tak po prostu.
- Nie dopuszczę do tego rozwodu… Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby ich uczucia na nowo odżyły... Stare wspomnienia, to klucz do rozwiązania ich kryzysu. Spędzili razem połowę swojego życia, nie można tego zmarnować. Dziękuję ci za pomoc. Jesteś naprawdę cudowny. Cieszę się, że mam cię tu obok. – cmoknęła chłopaka w policzek.
-Nie zrobiłem nic specjalnego, ale serce się raduje, widząc twój długo wyczekiwany uśmiech.
Obiecaj mi, że  nie będziesz już smutna. – odruchowo uniosła kąciki ust.  
– Pamiętaj jestem wrażliwy, jeżeli uronisz choć jedną łzę, będę płakał razem z tobą.
Nagle usłyszeli głośne wibracje dochodzące z torebki dziewczyny. Dostała SMS’a od stęsknionego Thomasa. Okazało się, że przyjaciel zaprasza dziewczynę na pierwszy zagraniczny koncert jego zespołu w Londynie. Z jednej strony rozpierała ją duma, że Thomas spełnia wyznaczone sobie cele, rozwijając karierę. Wspierała go na każdym kroku, jeździła na każdy koncert, ale z drugiej strony ostatni wolny czas wakacji chciała spędzić tylko z Marco…
- Coś się stało? – zapytał zaniepokojony piłkarz.
- Chłopaki nareszcie dostali propozycję koncertu w Londynie. Jutro mają występ. - oznajmiła uradowana.
- Oo widzę, że chłopaki się rozkręcają. Może potrzebują jakiegoś fan clubu. Co byś powiedziała na małą wycieczkę do stolicy Anglii. Byłaś kiedyś w Londynie? 
- Od dziecka o tym marzyłam...
- Niesamowite miasto! Pełne życia, zawsze się coś dzieje. 
Twoi rodzice nie będą mieć nic przeciwko?
- Powiem im, że będę z Thomasem, zgodzą się bez problemu. Ufają mu bezgranicznie. Wiedzą, że przy nim zawsze jestem bezpieczna... Marco, muszę powiedzieć ci coś jeszcze... Jak już ci mówiłam rozmawiałam z ojcem na twój temat... Nie popiera naszego związku... Czasami dochodzę do wniosku, że mama ma co do niego rację... Ojciec stał się nieczuły z niewiadomych przyczyn... To bez sensu oceniać kogoś, kogo się nie zna...
- A może jednak coś w tym jest? Twój tata ma wątpliwości, bo może zasługujesz na kogoś lepszego niż ja, kogoś wyjątkowego. Nie jestem idealny, ale wiem, że jesteś moim największym skarbem, a moje serce należy tylko do ciebie, co więcej zostanie twoje na zawsze.
- Masz takie dobre serduszko, mój kochany. Mój tata może krytykować ile chce, mnie to nie interesuję. Proszę cię nie gadaj już więcej głupot, dla mnie jesteś ideałem. Najważniejsze, że ja wiem jaki jesteś naprawdę. Nic więcej do szczęścia nie potrzebuje. Bądź przy mnie, a będę czuła się jak w raju...
-  Kiedy mnie pozna, udowodnię mu, że zasługuje na twoją miłość. Może uda mi się przełamać stereotyp piłkarza. Pewnie z tego względu mnie ocenia. Niestety takie jest życie i trzeba się z tym pogodzić.
- Nie psujmy sobie humoru i nie mówmy już o tym... Proszę cię teraz o jedno, zabierz mnie stąd wreszcie...

***


Następny słoneczny poranek Sylwia i Marco spędzali w jednym z londyńskich hoteli. Wczoraj wczesnym wieczorem dolecieli na miejsce. Nastolatka nie poinformowała rodziców bezpośrednio o swoim wyjeździe. Zostawiła im jedynie kartkę z wyjaśnieniami. Miała nadzieję, że rodzice nie potraktują jej podróży jako ucieczki przed problemami...
- Marco, długo jeszcze będziesz siedzieć w tej łazience? - zapytała zniecierpliwiona brunetka.
- Już wychodzę, jeszcze chwilka. - odparł wykonując powolne ruchy maszynką po prawym odcinku twarzy.
Dokładnie obmył twarz z nadmiaru pianki do golenia, po czym zauważył, że na całym zlewie pojawiła się krew. To był znowu ten okropny krwotok z nosa. Marco coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nie może lekceważyć swoich dolegliwości. Jego stan fizyczny pogarsza się z każdym kolejnym dniem. Wiedział, że wizyta u lekarza będzie nieunikniona. Zmył z umywalki czerwoną substancję, aby jego ukochana o niczym się nie dowiedziała. Nie chciał dawać jej kolejnych powodów do zmartwień. 
- Tylko pośpiesz się, bo mamy zaledwie trzy godziny na zwiedzanie - usiadła na krawędzi dokładnie posłanego łóżka.
Nastolatka postanowiła cierpliwie czekać, aż jej chłopak wyjdzie. Wyjęła z walizki miętową sukienkę na ramiączka, a do tego założyła jasnokremowe buty na dziesięciocentymetrowym  obcasie. Włosy zostawiła jak zwykle rozpuszczone, Marco zawsze uwielbiał się nimi bawić.
- Jestem gotowy. - wyszedł z łazienki. - O matko! - zamurowało go.
- Co się stało? - dziewczyna momentalnie podniosła się z łóżka, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała.
- Ale ty ślicznie wyglądasz! Jesteś taka piękna! - podszedł do niej i przyciągnął do siebie.
- Dobra przystojniaku. Nie słódź! - pocałowała go w czółko.
- A może dostanę coś więcej? 
Chciała odpowiedzieć, ale zanim zdążyła się odezwać on wpił się w jej usta. 
- Ej, nie obiecałeś mi przypadkiem pokazać Londynu? - zapytała odklejając się od ust chłopaka.
- Dobra, dobra już idziemy... Jeżeli obiecałem to muszę spełnić swą obietnicę, ale to co zaczęliśmy mam nadzieję, że dokończymy. - z kwaśną miną złapał dziewczynę za rękę, prowadząc w stronę drzwi. 
- Skarbie, nie smutaj, noc jeszcze młoda.
- Czasami trudno mi uwierzyć, że jestem takim szczęściarzem. - zaczął się szczerzyć i po raz kolejny obdarował dziewczynę namiętnym całusem...
Piętnaście minut później wyszli z hotelu. Ich głównym i zarazem pierwszym celem był London Eye. Marco uznał, że nastolatka musi ujrzeć to miasto z góry. Rzeczywiście widoki były niesamowite. Sylwia była zachwycona, że w końcu jej marzenia się spełniają. Pomimo problemów rodzinnych czuję, że nic do szczęścia jej nie potrzeba. Wystarczy, że piłkarz będzie obok, a przy nim wszystkie kłopoty znikają. Wtedy liczy się tylko on i ona, dwoje zakochanych, którzy nie widzą świata poza sobą.
- Marco? Powiedz mi szczerze. Zastanawiałeś co będzie z nami dalej? - dziewczyna popatrzyła w oczy piłkarza.
- Wiesz o czym tak naprawdę marzę? Abyś codziennie była blisko mnie. Pragnę każdego dnia budzić się i zasypiać przy tobie. Chciałbym móc cię uszczęśliwić, aby zawsze na twej twarzy widniał ten uroczy uśmiech, którym właśnie mnie obdarowujesz. - zarumieniła się.
- Obym tylko przeżyła te trzy lata liceum... - ciężko westchnęła
- Nie wiem jak ty, ale moja wizja jest taka, skończysz szkołę średnią, a potem wyjedziemy gdzieś za granicę. Ty podejmiesz studia, a ja dalej będę rozwijał się piłkarską. Zamieszkamy razem i dalej będziemy szczęśliwi, jednak jeszcze bardziej, a dlaczego? Bo w końcu... tęsknota będzie nam obca...
- Podobają mi się twoje plany, nawet bardzo. Wystarczy tylko czekać, aż zleci czas. Pocieszeniem jest to, że płynie nieubłagalnie szybko.
- Wytrzymamy to, zobaczysz. A później już na zawsze razem. Tylko ty i ja. - objął dziewczynę w pasie i z całych sił wtulił się w jej drobne ciało.
Po zejściu na ziemię, pech sprawił, że pogoda popsuła się i zaczął padać ulewny deszcz. Oboje jak najszybciej schowali się w pobliskiej kawiarni, tam odczekali rzęsistą ulewę. Kiedy przestało padać, wyszli ze schronienia i ruszyli w stronę centrum. Zwiedzili kilka naprawdę interesujących miejsc, następnie z powodu późnej godziny udali się do klubu, gdzie chłopaki mieli zagrać koncert...
Około dwunastej w nocy Sylwia i Marco pożegnali cały zespół i postanowili wrócić do hotelu...
Idąc ciemną uliczką londyńskiego parku, zza krzaków wyleciał podejrzany, zamaskowany typ. Niestety dwójka zakochanych nie zauważyła nadchodzącego mężczyzny. Brunet wyrwał z rąk nastolatki skórzaną torebkę, następnie w mgnieniu oka rozpoczął ucieczkę. Marco bez zastanowienia zaczął gonić złodzieja. Bandyta nie miał szans z piłkarzem, blondyn zatrzymał zbira łapiąc go za kaptur kurtki.
Rozpętała się niebezpieczna szarpanina. Reus odzyskał torebkę, lecz na sam koniec otrzymał potężny cios w twarz. Przestraszony złodziej bojąc się uszczerbku na swoim zdrowiu, stchórzył znikając w ciemnych uliczkach opuszczonej dzielnicy. Ranny Marco nie zamierzał udawać się w kolejny pościg...
Tymczasem Sylwia nie wiedziała co robić. Chciała jak najszybciej wezwać policję, jednak jej komórka także została skradziona. Ulica na której się znajdowała była całkiem pusta, nastolatka nie znalazła ani jednej żywej duszy, która mogłaby jej pomóc. Przeraźliwie bała się o swojego chłopaka, że chcąc ratować rzecz materialną, może znaleźć się w grożącym życiu niebezpieczeństwie.
Na szczęście odetchnęła z ulgą, po kilku minutach ujrzała w oddali zamazaną sylwetkę, która wolnym krokiem zbliżała się w jej stronę. Od razu rozpoznała, że to wracający do niej piłkarz. 
Ruszyła w jego stronę, rzucając mu się na szyję.
- Marco, nie rób tego więcej. Przecież mogło coś ci się stać. - oznajmiła, całując chłopaka. 
- Nic mi nie jest. - odparł dotykając policzek nastolatki - To wszystko dla ciebie skarbie.
- O matko! Masz rozcięty łuk brwiowy. - dopiero teraz spostrzegła krew na jego twarzy.
- Mówiłem już, że nic się nie dzieje.
- Musimy jak najszybciej wrócić do hotelu. Trzeba to opatrzeć. - wyznała tamując ranę chusteczką.
- Dobrze, kochanie. Tylko się nie martw.
Na całe szczęście ich nocleg był już niedaleko. Sylwia wzięła chłopaka pod rękę i nieśpiesznym krokiem dotarli do celu.
Tam dziewczyna pędem wpadła do łazienki, łapiąc za pierwszą lepszą apteczkę. Chłopak natomiast podpierając się łokciami leżał na łóżku...
- Już mam. - usiadła obok piłkarza. - Teraz uważaj, bo będzie trochę piekło. - ulała odrobinę wody utlenionej na gazik, dotykając nim ranę blondyna.
- Auć... To szczypie... Sss... - zaczął syczeć z bólu.
- Wytrzymaj jeszcze chwilę. Zaraz przestanie piec. - pocieszała chłopaka, naklejając na uszkodzone miejsce mały plasterek.
- Jak mnie pocałujesz to nie będę już cierpiał. - spełniła jego prośbę. - Mmm, od razu lepiej się czuję. Jesteś dla mnie najlepszym lekarstwem.
- Jak już z tobą lepiej. To szoruj pod prysznic. 
- Ale zaczekasz na mnie? 
- No jasne, przecież sama muszę się wykąpać.
- Tylko nie zaśnij.
Kiedy chłopak się umył, do łazienki weszła dziewczyna. Oczywiście, jej prysznic trwał znacznie dłużej niż chłopaka. Brunetka nabalsamowała całe ciało olejkiem kokosowym, po czym nałożyła koronkową czerwoną piżamę. Uśmiechnęła się do lustra, poprawiając jeszcze fryzurę i wyszła. Po chwili na jej twarzy pojawiło się lekkie rozczarowanie, gdyż ujrzała śpiącego Marco z książką w ręku. Pewien okres stała, przyglądając się jak wygląda jej ukochany, gdy śpi. Następnie w delikatny sposób wyrwała lekturę z objęć piłkarza, położyła ją na drewnianej szafce nocnej, a sama wpakowała się w ciepłe posłanie. Złożyła na ustach chłopaka słodki pocałunek oraz po raz kolejny wyznała swoje uczucie...


***


Tydzień później po powrocie do Moenchengladbach, Marco postanowił, że nie będzie dłużej zwlekać z czasem i uda się do lekarza. Właśnie dzisiaj miał odebrać wyniki badań, które stwierdzą, co tak naprawdę mu dolega.
Siedział na poczekalni i wyczekiwał na swoją kolej. Miał nadzieję, że jego problemy zdrowotne związane są jedynie ze zwykłym osłabieniem organizmu. Chciał wreszcie poprosić specjalistę o leki, które w końcu zaczną działać. Lekarstwa bez recepty nie przynosiły żadnej poprawy. Po kilku minutach został wezwany do gabinetu.
- Dzień dobry. - wszedł niepewnym krokiem.
- Witam. Pan Reus jak się nie mylę? - piłkarz skinął głową. - Proszę usiąść. - lekarz wskazał na krzesło.
- Dziękuję. - odparł, siadając na wyznaczone miejsce.
- Mam już wyniki serii pańskich badań. W końcu mogę postawić precyzyjną diagnozę. - nabrał powietrza do płuc. - A więc... Nie mam dla pana dobrych wieści...
Na te słowa serce piłkarza zaczęło bić jak oszalałe.
- To znaczy na co jestem chory? - zapytał przestraszony.
- Układowy toczeń trzewny. To bardzo poważna choroba, niekiedy śmiertelna. To tak jakby pańskie ciało usiłowało popełnić samobójstwo. 
Marco nie mógł w to uwierzyć. Wszystko co mówił lekarz brzmiało jak najgorszy sen jego życia. Niestety to nie był tylko sen. To okrutna rzeczywistość...
- Czy istnieje jakiś sposób leczenia?
- Jedyną nadzieją jest eksperymentalna terapia w Stanach Zjednoczonych. Choroby układu autoimmunologicznego są chorobami występującymi bardzo rzadko. Niedawno słyszałem o teście klinicznym nowych leków w Los Angeles. Jest szansa, ale musi pan jak najszybciej rozpocząć terapię.
- Jak długo? - to jedyne słowa jakie był w stanie wydusić.
- Leczenie trwa od czterech do nawet sześciu miesięcy.
Diagnoza lekarza była dla piłkarza wyrokiem. Miał tyle planów, chciał rozwijać swoją karierę piłkarską, a co najważniejsze chciał być z Sylwią. Przecież, kiedy powie jej o chorobie zniszczy jej życie... Zadecydował, że nie może jej o tym powiedzieć. To zrujnowałoby jej przyszłość, marzenia. 

'' Nigdy nie byłem pewny swych uczuć. Teraz już wiem, że odnalazłem prawdziwą miłość. Czy szczęście nie jest mi dane?
Czy nie zasłużyłem na nie? 
Kiedy wszystko wraca do normy, kiedy w końcu czuję, że mam dla kogo żyć, tracę to wszystko. To co kocham, to na czym mi zależy. Tracę grunt pod nogami. 
To cholerne coś, coś co niszczy mój organizm od środka, zaburza harmonię mego życia. Mój organizm powoli się wyniszcza ,samodzielnie atakuje moje ciało i wszystkie narządy. Działa przeciwko mnie. 
Ta choroba jest nieobliczalna. Jeżeli nie dam rady, stracę nie tylko miłość i karierę, ale nawet ... życie."

Na początku chciałabym was bardzo mocno przeprosić, że przez tak długi okres czasu nie dodawałam żadnego rozdziału. Tak naprawdę rozdział 13 skończyłam właśnie teraz. Kiedy siadałam do pisania, za nic nie mogłam dokończyć go do końca. A to brak czasu, a to brak weny i tak na zmianę.  Ten rozdział chyba jest najdłuższym jaki kiedykolwiek napisałam. Nie wiem czy ktoś jeszcze będzie chciał czytać to opowiadanie, bo nie tylko zawaliłam pisanie, ale także i komentowanie. Naprawdę przez szkołę nie mam czasu wolnego, ledwo co wyrabiam się z wszystkimi lekcjami, napisanie jakiekolwiek rozdziału kosztuję mnie kilka godzin, a nawet kilka dni. Mam ogromne zaległości u was, lecz postaram się stopniowo nadrabiać wasze blogi. Jeżeli nadal chcecie czytać moje wypociny to błagam was o jakiś znak, że mogę jeszcze na was liczyć. To dla mnie bardzo ważne, bo bez was moje pisanie nie ma sensu. Kolejne rozdziały będą już krótkie, ponieważ tym rozdziałem, chciałam odkupić swoje winy spowodowane długą nieobecnością. 
Pozdrawiam serdecznie, Sylwia :*

+ chciałabym Wam serdecznie polecić bloga pewnej wspaniałej pisarki, która ma ogromny talent. Jej opowiadanie jest nieziemskie! Czytajcie, bo naprawdę warto!
http://borussia-champions.blogspot.com


Jeżeli przeczytałeś, proszę zostaw swój ślad w postaci komentarza!






Nie spodziewałam się, aż tak wysokiego wyniku. 6:1 i to ze Stuttgartem! Po prostu cudo, nic dodać nic ująć. :D 
KOCHAM ICH!